Literatura niderlandzka

(Rozmowy) o współczesnej literaturze niderlandzkiej – strona prowadzona przez Fundację Literatura

Dom letni z basenem (fragment)

Fragment polskiego przekładu książki Dom letni z basenem autorstwa Hermana Kocha (tłum. Iwona Mączka). Powieść ukazała się nakładem wydawnictwa Media Rodzina.

dom_letni_z_basenem01

1

Jestem lekarzem pierwszego kontaktu. Przyjmuję pacjentów od wpół do dziewiątej rano do pierwszej po południu. Nie spieszę się. Każdemu pacjentowi poświęcam dwadzieścia minut. Te dwadzieścia minut to moja wizytówka.

– Gdzie dziś jeszcze jakiś lekarz poświęci ci dwadzieścia minut? – mówią ludzie, przekazując sobie tę informację.

– On nie zapisuje zbyt wielu nowych pacjentów – dodają.

Prowadzę listę oczekujących. Kiedy któryś pacjent umrze lub się przeprowadzi, wystarczy jeden telefon, a na jego miejsce zgłasza się pięciu nowych.

Pacjenci mylą czas z uwagą. Wyobrażają sobie, że poświęcam im więcej uwagi niż inni lekarze pierwszego kontaktu, lecz ja poświęcam im jedynie więcej czasu. Już po minucie wiem to, co powinienem wiedzieć. Pozostałe dziewiętnaście minut wypełniam uwagą, a właściwie jej iluzją. Zadaję zwykłe pytania:

– Co słychać u syna/córki? Czy zaczął pan lepiej sypiać? Czy nie je pani zbyt dużo/mało?

Umieszczam stetoskop najpierw na ich klatce piersiowej, a potem na plecach.

– Proszę głęboko wciągnąć powietrze – mówię – i powoli je wypuścić.

Właściwie nie słucham, a przynajmniej próbuję nie słuchać. Od wewnątrz wszystkie ludzkie ciała brzmią tak samo. Przede wszystkim oczywiście bicie serca. Serce o niczym nie wie, ono pompuje. To maszynownia, a maszynownia utrzymuje jedynie statek w ruchu, nie określa jego kursu. Dalej odgłosy wnętrzności, narządów. Nadwerężona wątroba wydaje inny odgłos niż zdrowa. Wymęczona wątroba stęka. Stęka i błaga. Błaga o jeden wolny dzień. O dzień, w którym będzie mogła uporać się z największym brudem. Teraz nie może nadążyć. Utrudzona wątroba przypomina restaurację, której nigdy nie zamykają. Brudne garnki się nawarstwiają. Zmywarki pracują pełną parą, lecz sterta brudnych naczyń i przypalonych garów wciąż rośnie. Wycieńczona wątroba marzy o tym jednym wolnym dniu, który nigdy nie nadejdzie. Każdego popołudnia o wpół do piątej, może o piątej (a czasem już wcześniej), nadzieja na ów wolny dzień definitywnie umiera. Jeśli wątroba ma szczęście, to na początku jest tylko piwo. W przypadku piwa większość roboty można zwalić na nerki. Zawsze znajdą się jednak tacy, którym piwo nie wystarcza. Oprócz niego sięgają po coś jeszcze: dżin, wódkę czy whisky. Po coś, co wypijają jednym haustem. Nadwerężona wątroba opiera się, aż w końcu pęka. Najpierw robi się twarda jak zbyt mocno napompowana dętka. Wystarczy wtedy jedynie niewielka nierówność w nawierzchni drogi, by strzeliła.

Słucham przez stetoskop. Naciskam palcem twarde miejsce tuż pod skórą. Czy tutaj boli? Jeśli nacisnę mocniej, pęknie w moim gabinecie, a na to nie mam ochoty. To straszny bajzel. Krew zalewa wszystko jedną wielką falą. Żaden lekarz nie chce, żeby mu pacjent zmarł gabinecie. W domu może robić, co chce. We własnym domu, w środku nocy, w swoim łóżku. W wypadku pękniętej wątroby przeważnie nie udaje mu się nawet dotrzeć do telefonu. A karetka i tak nie zdążyłaby na czas.

Co dwadzieścia minut składa mi wizytę kolejny pacjent. Mój gabinet znajduje się na parterze. Zjawiają się w nim pacjenci o kulach lub na wózku inwalidzkim. Niektórzy ważą zbyt dużo, inni nie mogą złapać oddechu; w każdym razie nie są już w stanie wejść po schodach. Schody oznaczałyby dla nich pewną śmierć. Innym zdaje się jedynie, że ich ostatnia godzina wybije, gdy tylko postawią nogę na pierwszym stopniu. Tacy pacjenci stanowią większość. Przeważnie nic im nie dolega. Stękają i jęczą, wydają odgłosy, jakby w każdej sekundzie dnia śmierć zaglądała im w oczy. Opadają z westchnieniem na krzesło naprzeciwko mojego biurka, choć nic im nie jest. Słucham o ich dolegliwościach. Tutaj boli i tam, czasem promieniuje aż na sam dół… Robię zainteresowaną minę, bazgrzę coś na karteczce. Proszę, by wstali i przeszli za mną do gabinetu zabiegowego. Nielicznym mówię, by się rozebrali za parawanem, większości nie. Ludzkie ciała i w ubraniu są wystarczająco odpychające. Nie chcę ich oglądać, zwłaszcza tych części ciała, do których nigdy nie dociera światło słoneczne. Fałdów skóry, pomiędzy którymi zawsze jest zbyt ciepło, a bakterie mają pełne pole do popisu; grzybic i miejsc zapalnych między palcami u nóg i pod paznokciami; palców, które coś rozdrapują, palców, które trą, aż do krwi…

– Tutaj, panie doktorze, tutaj swędzi najbardziej…

Nie, nie chcę tego oglądać. Udaję, że patrzę, a tymczasem myślę o czymś innym. O kolejce w wesołym miasteczku – na pierwszym wagoniku zamontowany jest zielony łeb smoka – ludzie wyrzucają ramiona w górę i krzyczą, ile powietrza w płucach. Kątem oka dostrzegam mokre kępki włosów łonowych, czerwone zainfekowane łyse placki, na których już nigdy nie wyrosną włosy, i myślę o samolocie eksplodującym w powietrzu, o pasażerach, wciąż przypiętych pasami do foteli, dla których rozpoczyna się właśnie ciągnący się kilometrami upadek w nieskończoność. Jest zimno, powietrze jest rozrzedzone, w dole czeka na nich ocean.

– Piecze, jak się załatwiam, panie doktorze. Jakbym szpilkami sikał…

Bomba wybucha w pociągu tuż przed wjazdem na stację; prom kosmiczny Columbia rozpada się na miliony kawałków; drugi samolot wbija się w południową wieżę WTC.

– Tutaj piecze, panie doktorze, o, tutaj…

– Wystarczy, proszę się ubrać – mówię – Wypiszę receptę.

Niektórzy pacjenci nie potrafią ukryć rozczarowania.

– Receptę?

Jeszcze przez kilka sekund stoją, nie pojmując, ze spuszczonymi do kolan slipkami lub figami. Zwolnili się rano z pracy, coś im się za ich pieniądze należy, nawet jeśli pochodzą one ze składek płaconych przez społeczność zdrowych ludzi. Chcieliby, żeby lekarz ich przynajmniej pomacał, żeby założył gumowe rękawiczki i wziął coś w swe profesjonalne ręce, chociażby jedną część ich ciała. Żeby choć jeden palec gdzieś włożył. Oni chcą zostać zbadani. Nie wystarczy im wieloletnie doświadczenie lekarza, który na jeden zawodowy rzut oka potrafi rozpoznać, co komu dolega, ponieważ widział to samo sto tysięcy razy wcześniej. Ponieważ jego doświadczenie podpowiada mu, że i w tym sto tysięcy pierwszym przypadku nie musi zakładać rękawiczek.

Czasami jest to jednak nieuniknione. Czasami badanie jest konieczne. Przeważnie za pomocą jednego lub dwóch palców, nieraz całej ręki. Zakładam rękawiczki.

– Proszę położyć się na boku …

Dla pacjenta oznacza to punkt zwrotny. Nareszcie czuje, że biorę go na serio, za chwilę zacznie się badanie palpacyjne. Nie kieruje już wzroku na moją twarz, patrzy wyłącznie na moje dłonie – na dłonie, na które wciągam rękawiczki. Zadaje sobie pytanie, jak udało mu się do tego doprowadzić, zastanawia się, czy na pewno tego chce. Przed założeniem rękawiczek umyłem ręce. Umywalka znajduje się naprzeciwko leżanki, podczas mycia rąk stoję do niego plecami. Nie spieszę się. Podwinąłem rękawy. Czuję na sobie jego wzrok. Wodą z kranu oblewam nadgarstki. Najpierw dokładnie myję dłonie, a następnie przesuwam się wzdłuż przedramienia w górę. Choć przez odgłos lejącej się wody nie słyszę, to wiem, że oddech pacjenta przyspiesza, kiedy dochodzę do łokci. Nie tylko przyspiesza, ale nawet zatrzymuje się na parę sekund. Zostanie zbadany per rectum, o co sam, świadomie lub nie, zabiegał. Tym razem nie dał się zbyć receptą. Jednak zaczęły się rodzić wątpliwości. Dlaczego lekarz myje i dezynfekuje ręce aż po łokcie? Ciało pacjenta napina się, w chwili, w której właśnie powinno się rozluźnić. Rozluźnienie to podstawowy warunek łatwego przebiegu badania per rectum.

Tymczasem odwróciłem się i wycieram moje dłonie, przedramiona i łokcie. Kiedy wyciągam z szuflady zapakowaną w plastikową torebkę parę rękawiczek, ciągle jeszcze nie patrzę na pacjenta. Rozrywam torebkę, stawiam nogę na pedale kosza na śmieci i ją wyrzucam. Dopiero teraz, podczas zakładania rękawiczek spoglądam po raz pierwszy na pacjenta. Jego wzrok jest, jakby to wyrazić, inny niż zanim odwróciłem się, by umyć ręce.

– Proszę się położyć – mówię, nim zdąży słowami wyrazić wątpliwości dotyczące badania per rectum. – Twarzą do ściany.

Nagie ciało jest mniej poniżające niż spodnie i majtki spuszczone do kostek. Nie tak bezbronne. Nogi jeszcze w skarpetkach i butach, spętane spodniami i majtkami, jak u więźniów skutych wspólnym łańcuchem podczas pracy. Osoba ze spuszczonymi do kostek spodniami nie ucieknie. Można ją poddać badaniu per rectum, albo wymierzyć cios pięścią w twarz. Albo wystrzelać w sufit magazynek pistoletu. Już mam, do cholery, dosyć wysłuchiwania tych wszystkich kłamstw! Raz, dwa trzy …

– Proszę spróbować się rozluźnić – powtarzam – i spokojnie odwrócić na bok.

koch

WIĘCEJ O HERMANIE KOCHU

WIĘCEJ O POWIEŚCI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: