Literatura niderlandzka

(Rozmowy) o współczesnej literaturze niderlandzkiej – strona prowadzona przez Fundację Literatura

Hello everybody

JORIS LUYENDIJK [TŁUM. ANNA ROSŁOŃ, MAŁGORZATA WOŹNIAK-DIEDEREN]

Poniższy fragment to prolog książki „Het zijn net mensen” Jorisa Luyendijka. Polskie tłumaczenie („Szokujące fakty z życia reportera”) ukazało się nakładem wydawnictwa Sonia Draga. Wydawnictwu Sonia Draga dziękujemy za możliwość opublikowania poniższego fragmentu.  

szokujące fakty

– Jeszcze jeden?

Koordynator Lekarzy bez Granic wyszedł z baraku i wpatrywał się w swoje buty. Skinąłem głową i zdałem sobie sprawę, że muszę szybko coś wymyślić. Inaczej w następnym baraku znowu popłyną mi łzy po bladych policzkach, a naprawdę tego nie chciałem.

Był deszczowy wrześniowy dzień. Chodziłem po wiosce Wau w  Sudanie  Południowym,  miejscu  od  dwudziestu  lat  opisywanym w gazetach jako nękane przez głód i rozdarte wojną domową. Gdzieś po drugiej stronie rzeki rozłożyli się powstańcy, po naszej stronie Lekarze bez Granic urządzili obóz dla „głodujących uchodźców”. Na razie obowiązywało zawieszenie broni.

– Jesteś pewien, że chcesz to zobaczyć? – zapytał mnie doświadczony kolega w stolicy Sudanu, Chartumie. – Od obozów głodu mogą się przepalić bezpieczniki.

Inny radził:

– Musisz działać na autopilocie. Myśl tylko o tym, czy można to wykorzystać w reportażu.

To, co pokazał mi koordynator Lekarzy bez Granic w dwóch pierwszych barakach, znakomicie nadawało się do wykorzystania przy pisaniu tekstu. Sceny jak z wiadomości albo filmiku Novib [holenderskiej organizacji pozarządowej udzielającej pomocy krajom rozwijającym się, przyp. tłum.].

 

Wzdęte dziecięce brzuszki – od podstawówki wiedziałem, że to z głodu. Kości wystające przez skórę, niby kijki od przechylonego namiotu. Maluchy tak wyniszczone, że matki musiały im ciągle przytrzymywać głowę, bo inaczej złamałyby sobie szyję. Mogłem wykorzystać to w reportażu.

Przechodziliśmy z koordynatorem obok plakatu. Nad rysunkiem przedstawiającym rabujących żołnierzy i bezradnych cywilów napisano: „Nie walcz z ludnością cywilną”. Wioska, w której leżał obóz, była w stanie likwidacji: kafejka Czystość Islamu, szkoła średnia imienia papieża Jana Pawła II, spożywczak Nazaret, Biuro Rejestracji Przysiąg i Obietnic. Żaluzje opuszczone, drzwi zabite deskami, na werandach siedzieli uchodźcy. Wszędzie panowało zamieszanie: uciekinierzy, mieszkańcy wioski, ludzie wierzący w Chrystusa, Allaha, w duchy albo bożki drzew.

Lawirując między kałużami i śmieciami, przeszliśmy do trzeciego baraku. Siedziało tam pięćdziesiąt osób – patrzyły przed siebie, chowały się przed deszczem, opłakiwały zmarłych i czekały na następny przydział żywności. Ci ludzie zdawali się patrzeć na wskroś mnie, jakby ktoś wyłączył w ich oczach światło. Pewnie dlatego mówi się, że rozpacz jest głucha, że ktoś jest otępiały z rozpaczy. „Apatyczni” zanotowałem w zeszycie.

Dotarliśmy na miejsce. W dwóch pierwszych barakach przybrałem poważny wyraz twarzy i wykonałem coś w rodzaju namiastki ukłonu, by ukryć skrępowanie i powstrzymać łzy. Teraz odruchowo  podniosłem  rękę,  wyszczerzyłem  zęby  w  uśmiechu i zawołałem: „Hello everybody!”.

I wtedy coś się zmieniło. Wszystkie twarze się rozjaśniły. Dziewczyny chichotały, jakiś staruszek poruszył się na swoim miejscu, a dzieci szturchały matki: „Mamo, popatrz”. Dwuletni chyba chłopczyk oderwał się od siostrzyczki, złapał rączkami moje kolano i przewrócił się. Matki z wycieńczonymi niemowlętami roześmiały się i pomachały mi wolną ręką.

 

Tak w 1998 roku rozpoczęła się moja pięcioletnia praca korespondenta na Bliskim Wschodzie. Na koniec moje rzeczy płynęły do Holandii na statku towarowym, a ja żegnałem się z wszystkimi „kontaktami”, ludźmi, którym zawdzięczałem wizy, przedstawienie odpowiednim osobom lub inne przysługi. Moją listę zamykał arabski ambasador. Piliśmy herbatę w jego okazałym domu w Hadze i po raz ostatni prezentowałem swoją sztuczkę: „Mówię po arabsku, proszę posłuchać”. Ambasador stwierdził, że to dziwny moment na zakończenie pracy korespondenta, teraz, kiedy Amerykanie zbliżają się do Bagdadu. Powiedziałem, że chciałem skończyć już wcześniej, ale zostałem kilka miesięcy dłużej ze względu na wojnę. Do pokoju wszedł asystent, szepnął coś na ucho ambasadorowi i włączył CNN. Zobaczyliśmy, jak w Bagdadzie na placu Firdos (Rajskim) ludzie przewracają kolosalny pomnik Saddama Husajna. Wiwatujący Irakijczycy krzyczeli do kamery i walili w posąg butami: „Thank you, mister Bush!”. Komentator mówił uroczyście o „historycznej chwili”: wojna dobiegała końca. Skończył się husajnowski koszmar, Bagdad świętował wyzwolenie. Ten sam tytuł widniał następnego dnia na pierwszych stronach holenderskich gazet.

Ambasador przełączył na arabski kanał Al-Dżazira. Tam też pokazywano plac Firdos, ale montażem zaakcentowano inny punkt widzenia. Na tym samym placu zobaczyliśmy amerykańskich żołnierzy triumfalnie zarzucających amerykańską flagę na pomnik Saddama. Następnie gorączkową naradę i tych samych żołnierzy ściągających ją pośpiesznie. Później Al-Dżazira pokazała wiwatujących Irakijczyków z CNN, ale sfilmowanych z odległości, tak by widać było wyraźnie, jak niewiele ludzi jest na placu i że większość przygląda się wydarzeniom z daleka.

 

Pożegnałem się z ambasadorem i w następnych miesiącach zająłem się tym, czym powracający korespondenci mają obowiązek się zająć: próbowałem napisać książkę o sytuacji w regionie. Niemal natychmiast utknąłem w miejscu. Czasem widziałem, jak ktoś w gazecie lub telewizji twierdzi, że fundamentalizm polega na tym lub na tamtym i że na Bliskim Wschodzie zapanowałby pokój, gdyby tylko „Izrael wycofał się z terenów okupowanych” albo „Ameryka nie wspierałaby dyktatorów”. I myślałem: na poparcie tej tezy można znaleźć dobre argumenty. I równie dobre argumenty można znaleźć przeciwko tej tezie. Nie potrafiłem rozwiązać tej kwestii i dlatego pisanie książki mi nie wychodziło.

Przypomniał mi się wówczas mój drugi tydzień pracy w charakterze korespondenta. Wróciłem właśnie z Sudanu i czekałem w Ministerstwie Informacji w Kairze na pieczątkę. Ponieważ trochę to trwało, wdałem się w rozmowę z czekającym także kolegą. Był prawdziwym weteranem, w ciągu pięciu minut opowiedział mi głosem przesiąkniętym whisky, że jego najlepszy przyjaciel zginął w wojnie iracko-irańskiej: „Hotel Commodore podczas wojny domowej w Libanie, to były czasy! O, nie znasz Commodore’a?”. Tego typu człowiek. Wyjaśniłem, że jestem pisarzem i dopiero zaczynam karierę korespondenta. Uśmiechnął się: „Książkę o Bliskim Wschodzie najlepiej napisać w pierwszym tygodniu. Im dłużej człowiek tu siedzi, tym mniej z tego wszystkiego rozumie”.

Nie było to miłe, i pewnie takie miało być, ale po powrocie do Holandii wreszcie zrozumiałem, co ten weteran miał na myśli. Zanim zrobiłem pierwszy krok, miałem już określone wyobrażenie o Bliskim Wschodzie, obrazy i opinie, pochodzące głównie z mediów. Po przybyciu na miejsce powoli zamieniałem je na rzeczywiste obrazy, która okazały się dużo mniej przejrzyste i zrozumiałe. Pierwszy raz przekonałem się o tym w trzecim baraku w Wau.

Kiedy tam pojechałem, miałem w głowie obrazy nieszczęśników pokazywane w wiadomościach. W dwóch pierwszych barakach zobaczyłem takich nieszczęśników i gdybym w trzecim nie zawołał bez zastanowienia „Hello everybody!”, prawdopodobnie odjechałbym przekonany, że ci ludzie też są takimi nieszczęśnikami. Oczywiście, byli nieszczęśliwi, prawie umierali z głodu. Ale nie tylko. Rejon Wau jest równie żyzny jak Holandia, a ci nieszczęśnicy byli rolnikami, którzy zawsze potrafili zadbać o siebie, dopóki konflikt zbrojny nie przegnał ich z własnych terenów. Ludzie w tym obozie ucierpieli głównie z powodu ogromnego pecha.

Patrząc wstecz na pięć lat pracy korespondenta, przypominałem sobie coraz więcej takich doświadczeń. Sprawa stała się jeszcze ciekawsza, gdy zacząłem przeglądać swoje archiwum i zobaczyłem, jak Wau przedstawiano w gazecie. W artykule opisałem zaskakującą reakcję tych nieszczęśliwych i apatycznych ludzi z trzeciego baraku, a także rozmowę z lekarzem ze szpitala obozowego. Pracował z najcięższymi przypadkami i codziennie walczył ze statystycznymi „osiemdziesięcioma zgonami dziennie w Wau”. Powiedział, że największy problem stanowią skurczone żołądki tych ludzi: „Jeśli jedzą za dużo, rozsadza im wnętrzności, jeśli za mało, umierają. Nawet jeśli dosłownie umierają z głodu, my musimy odmawiać im jedzenia. Według podręczników medycyny ci ludzie od dawna są martwi”.

Ostatnie  zdanie  redaktorzy  nazywają  „świetnym  cytatem”, a dział redakcji końcowej użył go jako tytułu. Dla ilustracji wyszukano wielkie zdjęcie z podpisem: „Obóz uchodźców w okolicach Ajiep, niedaleko Wau w Sudanie Południowym. Kobieta rodzi dziecko. W tym samym baraku umiera z głodu jej krewny”. Po prawej stronie widać wycieńczonego mężczyznę, który pewnie zastanawia się, skąd pochodzi tajemnicze klikanie aparatu fotograficznego, pośrodku płaczącego chłopca, a z lewej strony dwie położne i zdenerwowaną przyszłą mamę.

Obraz przemawiał do wyobraźni, ale redakcja mogła też umieścić zdjęcie śmiejących się ludzi z trzeciego baraku i użyć innego cytatu jako tytułu. Na przykład wypowiedzi innego lekarza obozowego: „Odporność tych ludzi jest niewyobrażalna. Nikt z Zachodu by tego nie przeżył, a oni czekają tutaj na pokój, pokonują setki kilometrów, wracając do swych wiosek, sadzą orzeszki ziemne i zaczynają od nowa”.

 

Jako korespondent mogłem opowiedzieć tę samą historię na różne sposoby. Media przedstawiały tylko jedną wersję i często wybierano tę potwierdzającą już istniejący obraz, tak jak w Wau – historię nieszczęsnych ludzi, którzy według podręczników medycznych dawno już nie powinni żyć, a nie nieprawdopodobnie odpornych ludzi, którzy walczą z przeciwnościami losu.

W ciągu tych pięciu lat często tak się działo i dlatego plac Firdos stanowił stosowne zakończenie. Dziennikarze amerykańscy i holenderscy postrzegali upadek Bagdadu jako wydarzenie pomyślne. Otrzymali materiał przedstawiający świętujących Irakijczyków, którzy obalili pomnik dyktatora, czyli obraz zgodny z ich oczekiwaniami. Uznali, że wykonali zadanie. Al-Dżazira uważała upadek Bagdadu za początek okupacji. Szukała symbolicznych ujęć na zobrazowanie swojego stanowiska i znalazła je w postaci triumfujących żołnierzy amerykańskich, spontanicznie zarzucających flagę na pomnik.

Tak właśnie obraz i rzeczywistość odbiegają od siebie i gdy zdałem sobie z tego sprawę, wiedziałem już, o czym chcę pisać. Nie o tym, jak zdemokratyzować świat arabski albo jak tolerancyjny czy nietolerancyjny jest islam, ani kto ma rację w konflikcie między Izraelem a Palestyną. Wręcz przeciwnie – chciałem pisać książkę o tym, dlaczego tak trudno powiedzieć coś ważnego, konkretnego o kwestii tak ważnej jak Bliski Wschód. A może chciałem napisać po prostu książkę o tych wszystkich chwilach, gdy mówiłem sobie: „Hello everybody!”.

 

***

het zijn net mensen

Poniższy fragment to prolog książki „Het zijn net mensen” Jorisa Luyendijka. Polskie tłumaczenie („Szokujące fakty z życia reportera”) ukazało się nakładem wydawnictwa Sonia Draga. Wydawnictwu Sonia Draga dziękujemy za możliwość opublikowania poniższego fragmentu.  

O książce już na tych łamach informowaliśmy: Holenderski bestseller o mediach i Bliskim Wschodzie.

Ł.K.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: