Literatura niderlandzka

(Rozmowy) o współczesnej literaturze niderlandzkiej – strona prowadzona przez Fundację Literatura

„Lepiej niż w siódmym niebie” (fragment)

het-vlaamse-vele-hemels-boven-de-zevende-is-een-feest-voor-taalliefhebbers

Griet Op de Beeck Vele hemels boven de zevende (Lepiej niż w siódmym niebie)

przekład: Iwona Mączka

 

EWA

Co jeszcze widziałam?

Kobietę w budce z frytkami, zajętą pakowaniem, krokietami i wydawaniem reszty. Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby ktoś patrzył tak smutnym wzrokiem. Miała na sobie różowy podkoszulek z brokatowym napisem LOVE ME. Dwa wyrazy na dwóch krągłych piersiach. Pomyślałam, że jesteśmy do siebie podobne. Wyobraziłam sobie, jak po przepracowanej długiej nocy wraca do domu − ona i zapach tłuszczu − do pustego mieszkania. Tak jak ja za chwilę pójdę do pustego mieszkania. Chociaż dzięki frytkom i szaszłykowi z mielonego mięsa nie odczuję tego tak mocno. Chyba.

Oto co dzisiaj robiłam: spacerowałam po moim mieście, patrzyłam, przysiadałam i słuchałam. Bo to się robi, gdy się jest samemu. I myślałam. Mówią, że za dużo myślę, ale to rodzinne, nie ma od tego ucieczki.

Widziałam małego chłopca, który uczył się jeździć na rowerze. Z dziesięć razy się przewrócił, a gdy za jedenastym razem, przygryzając wargę, przez pięć metrów utrzymał równowagę, po czym znowu uderzył o ziemię, stwierdził z powagą:

− Dobra, umiem. Idziemy napić się czekolady?

I ta mina ojca. Idiotyczne, jak bardzo mnie to wzrusza.

 

Widziałam kobietę koło pięćdziesiątki, rozmawiającą z przyjaciółką. Obie zrobione na jasny blond, wymalowane jaskrawą szminką, jakby codziennie była impreza. Piły kawę, nie ruszając ciasteczek. Były bardzo wesołe, raczej nie musiały się na to silić. Wtedy doszło do mnie/usłyszałam, jak ta pierwsza mówi, parskając śmiechem:

− Nie wiem, jak ty, ale I am seriously underfucked.

Chichocząc dodała, że usłyszała to w filmie i pomyślała, że musi zapamiętać, bo to w jej przypadku bardzo trafne. Z rozmowy w żaden sposób nie dało się wywnioskować, czy miała męża. Ani czy ten śmiech nie był przez łzy.

 

Widziałam starszego mężczyznę o bystrych oczach, który opowiadał w telewizji o swoim życiu i sztuce. I o swojej asystentce. Twierdził, że ją uwielbia, a wszystko w nim się śmiało. Może nawet więcej niż „uwielbia”. Ale innego słowa bał się użyć, wyznał. Nie wspomniał, dlaczego. Zastanawiam się, czy niewypowiadanie pewnych słów nie ma wpływu na uczucia.

Jestem sama, ale jeszcze niestracona. Czasem powtarzam to sobie na głos. Przeważnie potrafię się z tego śmiać.

Mam trzydzieści sześć lat. To ani mało, ani dużo. Umiem świetnie tańczyć w samochodzie, chodzić na wysokich obcasach, przygotowywać risotto i być dobra dla małych zwierzątek. Jak żyć, tego jeszcze do końca nie odkryłam, ale udawanie, że wiem, wychodzi mi całkiem nieźle. Uważam, że to dobry początek. Potrafię też innym ładnie wytłumaczyć, jak się to powinno robić. Zauważyłam, że czasem mnie nawet słuchają, co napawa mnie lekkim zdziwieniem.

Co jeszcze widziałam? Chłopca z czymś pomiędzy meszkiem a wąsem nad górną wargą. Dotykał go palcami, może z dumą, ale możliwe, że ze wstydem. Stał w mojej ulubionej księgarni i oglądał książki mojego ulubionego autora. Podniósł jedną z wahaniem.

− Warto kupić – zapewniłam − jest fantastyczna.

Spojrzał, jakbym zaproponowała mu małżeństwo, przestraszony taką ilością narzuconej mu intymności. Nic nie odpowiedział i odłożył książkę na miejsce.

− Na końcu ona umiera. Teraz już pan nie musi czytać tej książki – powiedziałam i natychmiast tego pożałowałam […].

 

vele-hemels-boven-de-zevende-e1432363403460

JOS

Oczywiście, że popełniłem błędy. Mam siedemdziesiąt jeden lat i jeszcze codziennie płacę za nie wysoką cenę.

Niektórzy ludzie niczego nie zapominają. Ja staram się zapomnieć jak najwięcej. To, jak bolały mnie plecy po całym dniu w restauracji. Jak ominęły mnie pierwsze występy moich dzieci w szkole muzycznej, jak mnie nie było na żadnych ich występach. Jak bardzo potrafię się zezłościć i że wtedy…

Smutek szuka ujścia za wszelką cenę. Teraz zdaję sobie z tego sprawę.

 

Przez cztery lata nie wypiłem ani kropli alkoholu. Po prostu stanowczo rzuciłem picie, z dnia na dzień. Żadnych klubów AA, terapeutów, tabletek. Czysta siła charakteru.

Nie to, co twierdził lekarz, spowodowało, że podjąłem ten krok, lecz spojrzenie Ewy, gdy lekarz powtarzał szeptem mojej żonie to, co chwilę wcześniej powiedział mnie – jak gdyby siedmioletnie dziewczynki nie słyszały, gdy mówisz nieco ciszej: „Jeśli nie przestanie, to wkrótce zapije się na śmierć. Tego nie zniesie żadna wątroba pod słońcem”. Ewa potrafiła spojrzeć tak, jakby wszystko wiedziała.

 

Ile mogła mieć wtedy lat, dziewięć, może dziesięć? Sprzeczaliśmy się, Jeanne i ja. Nagle, w środku dyskusji moja żona zamilkła i nie przestawała milczeć, choć to nie było w jej zwyczaju. Teraz wszystko mogło się wydarzyć. Oglądaliśmy w telewizji serial, za którym przepadała, a gdy zaczęło się robić interesująco, wstała, podeszła do kredensu ze starym serwisem z restauracji i bez żadnego komentarza zaczęła rytmicznie rozbijać talerze, jeden po drugim. Jak gdyby w myślach gwizdała przy tym walczyka: raz, dwa, łup!, raz dwa, łup!. Oburzony wrzasnąłem coś w jej kierunku. Przyznaję: w takich przypadkach nie wiedziałem, co robić.

I wtedy zjawiła się Ewcia. W koszuli nocnej zeszła na dół, otworzyła drzwi do dużego pokoju i oceniła sytuację. Niemal bez wahania wzięła mnie za rękę i wypchnęła do kuchni – wydawała się myśleć, że ja mógłbym tylko pogorszyć sprawę. Zza zamkniętych drzwi słyszałem, jak stara się przekonać moją żonę. Mówiła cicho i nieprzerwanie, z nadludzkim spokojem. Równie nagle, jak Jeanne zaczęła, tak szybko przestała rzucać talerzami. Ewa posadziła matkę na krześle.

− Teraz postaraj się całkiem uspokoić.

Zabrzmiało to jak rozkaz, którego nie można nie wykonać. Ewa zmiotła skorupy talerzy do kupy, wyprowadziła mnie z kuchni i wysłała do łóżka. Kwadrans później sama zjawiła się na górze.

− Mama zaraz przyjdzie – popatrzyła, dodając mi odwagi, i poszła do swojego pokoju.

A ja na to wszystko pozwoliłem. Byłem słabeuszem. Tak często przegrywałem. Niech nikt nie myśli, że jestem z tego dumny.

 

I wtedy, w któreś Boże Narodzenie. Obchodziliśmy drugi dzień świąt, restauracja była zamknięta i miałem czas na świętowanie razem z bratem i jego trzema synami. Młodzież chciała pobawić się na dworze, dzieci nie odczuwają zimna. Nasz duży ogród graniczył z działką, z której nikt nic nie robił. Przypominała miniaturową puszczę porośniętą niezdefiniowanymi drzewami, roślinami i różnego rodzaju chwastami. Wokół działki postawiono porządne ogrodzenie, a obok żywopłot oddzielający posesje od siebie. Z naszego domu ledwo ją było widać.

W przypadku tak dużego ogrodu jak nasz, trudno się spodziewać, że dzieci wybiorą się na ekspedycję do części, w której nie powinny się znaleźć. Jednak w tym wieku wszędzie szuka się przygód.

Nagle wpadł do pokoju najmłodszy syn mojego brata, jąkając się z przejęcia:

− Znaleźliśmy skarb, w naszej dżungli!

Za nim przyszła Ewa, jej palce były fioletowe z zimna.

− Glenn ma tyle wyobraźni – stwierdziła – Chodź, wracamy, żeby zakopać skarb tak, by nikt go więcej nie znalazł.

Długo całej paczki nie było. Gdy nadszedł czas, by rozpakować prezenty i zawołano dzieci do środka, otaczała je aura tajemnicy.

− I jak tam skarb? – zapytał mój brat.

− Tylko my coś o nim wiemy, prawda, chłopcy? – odezwała się głosem spiskowca Ewa – To nasz sekret, będziemy milczeć, jak grób.

− Jak grób – potwierdził Glenn i trzymał język za zębami, jakby chciał nam tym zrobić kawał.

Dzieci popatrzyły tryumfalnie i dumnie na Ewę. Ewa spojrzała na mnie. Króciutko.

W nocy poszedłem do ogrodu. Choć właściwie byłem zbyt pijany, to wziąłem drabinę, żeby przejść przez ogrodzenie w poszukiwaniu butelek, które wyrzucałem tam przez cały rok. Na moim prywatnym wysypisku śmieci. Dzieci na pewno je znalazły, a Ewa zrobiła z tego zabawę i sprawiła, że butelki zniknęły. Jeanne nigdy się o tym nie dowiedziała.

 

Elsie była inna. Starsza siostra, bardziej niezależna, wygadana. Nawet w obecności mojej matki, kobiety dość charakterystycznej, która urodziła i wychowała trzynaścioro dzieci w niewyobrażalnie małym domku, żyjąc z marnej pensji kiepsko opłacanego urzędniczyny, jakim był mój ojciec. Wciąż była czymś zajęta. Dzieci się kłócą i chorują. Marudzą, bo głodne, a ona tego głodu nie jest w stanie zaspokoić. Śpiewają zbyt głośno jak na jej migrenę. Człowieka zahartują i lepsze warunki. Była dumna i rozsądna. Była kobietą, która w innych czasach i okolicznościach wiele by osiągnęła. Zdawała sobie z tego sprawę. Znosiła swój los w milczeniu, tak jak wówczas większość ludzi.

Poza tym we wszystkim była głośna. Nie wydaje mi się, że specjalnie, to był raczej jej sposób na to, żeby podzielić się z innymi swoją nieustanną złością na życie. W dniu odwiedzin, kiedy już odpowiednio skomentowała ciasto, fryzurę Jeanne i skuter, który Ben za naszą zgodą kupił za zarobione przez siebie podczas wakacji pieniądze, zaczęła narzekać, że tak rzadko mnie i Jeanne widuje.

− Niewdzięczne dzieci są najgorsze – stwierdziła, patrząc przy tym tak, jakby za chwilę miał się zawalić cały świat.

Na co Elsie bez mrugnięcia okiem odpowiedziała:

− Czasem życie bywa sprawiedliwe i ludziom rodzą się dzieci, na jakie zasługują. Dolać babci kawy?

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: