Literatura niderlandzka

(Rozmowy) o współczesnej literaturze niderlandzkiej – strona prowadzona przez Fundację Literatura

T jak… Franca Treur. Pocztówki z bardzo małych światów

O zamkniętych, opresyjnych społecznościach to ja mogę czytać zawsze i wszędzie. Dlatego z wypiekami na twarzy pochłonęłam Dorsvloer vol confetti (Całe klepisko w confetti), pierwszą powieść Franki Treur. Razem ze mną zachwycił się zresztą cały chyba literacki świat Holandii.

Tworząc fikcyjną opowieść o małej Katelijne, wychowującej się w bardzo religijnej rodzinie z sześciorgiem braci, Treur wykorzystała własne doświadczenia z dzieciństwa. Katelijne bardzo różni się od swoich sześciu braci. Jest też jedyną, której zainteresowania wykraczają poza hodowlę krów, życie w małej zelandzkiej wiosce i kościół:

Podczas krótko trwającego posiłku rozmowa zaraz schodzi na ministra rolnictwa Braksa, na procent tłuszczu i białka, na pięćset guldenów za cielaka, na to, czy zakładać na koła traktora metalowe obręcze, gdy wyjeżdża się na pole, a w baku nie ma już za wiele benzyny. Katelijne, której nikt nie wciąga do tych rozmów, puszcza je w większości mimo uszu, chociaż w głowie ma swój własny świat, w dużej franca-treur-krowamierze określony przez to, którą książkę wypożyczyła akurat z biblioteki. Chłopaki nie uczą się, jak jej słuchać, z tego prostego powodu, że ich zdaniem Katelijne nigdy nie ma do powiedzenia nic ciekawego.

– Franca Treur, Dorsvloer vol confetti (przekład fragmentu: Olga Niziołek)

Bohaterka nie jest jednak nieszczęśliwa. Ona po prostu nie zna innego świata. Dorastając, zaczyna dostrzegać, że pociągają ją inne książki niż Biblia, że słuchanie radia nie musi być wykroczeniem przeciwko Bogu, że kobiety mogą nosić spodnie – a wszystko to sprawia, że Katelijne zaczyna zastanawiać się nad własnymi wyborami…

Zakochana w Całym klepisku…, zaliczyłam mocne rozczarowanie, sięgając po kolejną powieść Treur, De woongroep (Komunę). Tutaj narratorką jest Elenoor, która zbliża się do trzydziestki. Poszukując sensu życia, wprowadza się do amsterdamskiej komuny, rzuca chłopaka i angażuje się w polityczne akcje. Szkoda tylko, że przejścia Elenoor nie poruszyły mnie w najmniejszym stopniu – zamknęłam książkę z wrażeniem, że właśnie skończyłam czytać o przygodach jakiejś alternatywnej, smutnawej Bridget Jones. Siłą pisarstwa Treur pozostaje jednak zdolność do malowania pełnych portretów psychologicznych w zaledwie paru zdaniach, tak jak w zbiorze mikroopowiadań X&Y. Wybrałam jedno, które szczególnie mi się spodobało:

Chory (Ziek)

Sarah bardzo kocha Marka, ale ma mu za złe, że pracuje w dużym biurze, gdzie nie ma własnego komputera. Loguje się na tym, który akurat jest wolny, a być może dzień wcześniej używał go inny pracownik, którego dzieci chorują na grypę żołądkową.

Do tego Marc nie ma odruchu mycia rąk po tym, jak wyjmował pieniądze z bankomatu czy wciskał guziki jakiejś windy albo parkometru. Tymi samymi rękami dotyka potem w ich domu klamek, kurków kranu, rączki czajnika, przycisków na pilocie. Czasem nawet warg Sary, chociaż ona zawsze stara się tego uniknąć.

Sarah usłyszała, że  w ich prowincji zdarzył się przypadek śmierci spowodowanej wirusem, i teraz jeszcze bardziej się cieszy, że pracuje w domu i dzięki temu mniej ryzykuje.

Zdaje sobie sprawę, że nieuwaga Marka może oznaczać dla niej śmierć. Właściwie powinna się z nim rozwieść, zawsze lepiej jednak być rozwódką niż martwą, ale to niemożliwe. Nie, żeby na tym ucierpiała, ale to właśnie Marc w nią wierzy. Widzi w Sarze artystkę, którą ona oficjalnie wciąż jeszcze nie jest.

Najlepiej byłoby tymczasowo zatrzymać go w domu, ale Marc nie jest z takich. Pozwala jej się rozpieszczać tylko wtedy, gdy jest chory.

Ta myśl sprawia, że Sarah kieruje się do szafki w łazience, gdzie trzyma środki na przeczyszczenie i tabletki przeciwgorączkowe. Wyciąga z opakowań ulotki i dokładnie studiuje część o skutkach ubocznych. Ból głowy do niczego się nie przyda, z bólem głowy Marc pójdzie po prostu do pracy. Sarah szuka mdłości.

Rozkrusza parę tabletek nad talerzem Marka. Jutro będzie potrzebowała nowych. Będzie musiała iść do apteki, mimo że woli jej unikać. Jeśli jest jakieś miejsce, w którym w powietrzu roi się od wirusów  i bakcyli, to jest nim właśnie apteka.

Mimo to pójdzie tam jutro. Tego wymaga od niej sytuacja.

– Franca Treur, X&Y (przekład: Olga Niziołek)

Część osiemnasta: S jak… Jan Siebelink

Skąd się wziął alfabet subiektywny? Klik!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: