Literatura niderlandzka

(Rozmowy) o współczesnej literaturze niderlandzkiej – strona prowadzona przez Fundację Literatura

Jan Brokken – „Bałtyckie dusze” (fragment; przekład Alicji Oczko)

Jan Brokken – „Bałtyckie dusze” (wyd. Noir sur Blanc, przełożyła Alicja Oczko)

2

Księgarz z Rygi

JĀNIS ROZE I SYNOWIE

Łotwa, styczeń 2007

Założenie księgarni Jānisa Rozego w Rydze poprzedziły morderstwo polityczne i nieodwzajemniona miłość. Z łotewskiego punktu widzenia nie było w tym nawet nic szczególnie tragicznego, kraj leżał po prostu w niewłaściwym miejscu.

Łotwa, w której dorastał Jānis, była częścią carskiej Rosji. Gdy na tron wstąpił Mikołaj II, Jānis miał szesnaście lat. Na świat przyszedł w 1878 roku. Matka nie była zamężna; nigdy nie poznał prawdziwego ojca. Otrzymał nazwisko ojczyma, biedaka z łotewskiej wsi.

Bardzo wcześnie rozpoczął pracę u drukarza, wydawcy i księgarza Jānisa Ozolsa w Kiesi, prowincjonalnym miasteczku sto kilometrów na wschód od Rygi. Ozols nauczył go zawodu. Jānis praktykował kolejno jako zecer, drukarz, introligator, projektant okładek, sprzedawca książek, nabył też wprawy w grawerowaniu miedzianych pieczęci.

Otoczona lasami i pagórkami Kieś przyciągała pisarzy i poetów, zapewne również dlatego, że gdy dni stawały się zbyt krótkie, zbyt chłodne, zbyt ciemne i zbyt samotne, mogli wsiąść do pociągu i wrócić do Rygi. Ozols publikował ich powieści, wiersze i rozprawy w postaci artystycznie wykonanych kodeksów w duchu secesji. Prowadził kwitnącą firmę, która zatrudniała trzydziestu pracowników. Za najbardziej wyróżniającego się spośród nich uważał Jānisa Rozego – zaraz na początku XX wieku mianował go kierownikiem zakładu.

 

Jānis niewątpliwie pozostałby całe życie w Kiesi, gdyby nie wybuch pierwszego masowego powstania przeciwko carowi. W niedzielę dwudziestego drugiego stycznia 1905 roku dwustutysięczny tłum mężczyzn i kobiet ruszył przed Pałac Zimowy w Petersburgu. Na czele pochodu szedł pop Gapon, zamierzając wręczyć carowi pokorną i lojalną petycję, w której prosił o sprawiedliwość oraz opiekę nad biednymi i ciemiężonymi. Do rozmowy z carem nie doszło – przebywał wówczas w swojej rezydencji w Carskim Siole, rozgrywając partyjki domina. Gdy tłum zbliżył się do pałacu, kawaleria otworzyła ogień. Zginęło czterdzieści osób, setki raniono, Gapon został stratowany. „Już nie ma Boga. Już nie ma cara!” – brzmiały jego ostatnie słowa. Po południu w różnych innych częściach miasta doszło do jatek; dwudziesty drugi stycznia miał przejść do historii jako „krwawa niedziela”. Cztery dni później powstanie przeniosło się do Rygi. Dwudziestego szóstego stycznia piętnaście tysięcy robotników demonstrowało przeciwko bezwzględności carskiego reżimu. Rosyjski gubernator generalny rozkazał swoim żołnierzom strzelać do tłumu: zginęło siedemdziesiąt osób, a dwieście zostało rannych. Z Rygi powstanie rozprzestrzeniło się na całą prowincję. Chłopi dzierżawcy napadali na niemiecko-bałtyckich właścicieli ziemskich i podpalali ich domy, robotnicy szturmowali więzienia. To była – jak miał napisać w swoich wspomnieniach Lenin – „próba generalna przed 1917 rokiem”. Car Mikołaj wysłał na Łotwę ekspedycję karną. Przywrócenie porządku zajęło rosyjskim oddziałom cały rok. Około tysiąca chłopów, robotników i sympatyzujących z powstańcami intelektualistów stracono w trybie doraźnym. Jednym z nich był Jānis Ozols.

Ozols napisał i opublikował pod własnym nazwiskiem pamflet na archaiczne uciemiężenie i nieludzką biedę łotewskiej wsi. Pewnego wieczoru został aresztowany, następnego dnia rano stracony. Jānisa Rozego czekał ten sam los. Również jego, kierownika drukarni, aresztowano, również jego skazano na śmierć. Następnego ranka wypuszczono go jednak bez podawania powodów. Później będzie opowiadał swoim dzieciom, że wtedy, w więzieniu w 1905 roku, w ciągu jednej nocy osiwiał, całkowicie osiwiał. Miał wówczas dwadzieścia siedem lat.

Mimo że siwy, nadal był przystojnym mężczyzną. Wysokim. Szerokim w ramionach. Niewiele kobiet mogło się oprzeć sile, jaką emanował, i ujmującemu spojrzeniu, które rzadko znikało z jego jasnych, szaroniebieskich oczu. Minęło sześć, siedem lat, odkąd Jānis Roze prowadził firmę Ozolsa. Wtedy wdowa po właścicielu zaproponowała mu małżeństwo.

Sądząc po zdjęciu, była śmiałą kobietą. Ale jak pokazuje inne zdjęcie, Emma Henriete była ładniejsza. I młodsza, dziesięć lat młodsza od Jānisa. To w niej się zakochał, z nią się ożenił i z nią wyjechał do Rygi, żeby uciec przed gniewem wdowy po Ozolsie.

W 1914 roku Jānis otworzył wydawnictwo, a w 1918 – księgarnię przy szerokiej ulicy handlowej, Krišjāņa Barona iela, w okazałej kamienicy oddanej do użytku w 1903 roku, z odrobiną secesji w detalach. Nad sklepem urządził biuro wydawnictwa, a piętro wyżej zamieszkał z Emmą. Kupił również pozostałe piętra kamienicy, które wynajmował.

Koniec stycznia 2007 roku. Nareszcie pojawił się pierwszy śnieg, nareszcie temperatura spadła poniżej minus dziesięciu, słońce oświetla iskrzące się fasady dopiero co odrestaurowanych budynków. Jadę na ulicę Krišjāņa Barona. Taksówkarz dowozi mnie pod numer 5, Jānis Roze i Synowie. Mijając wykutą w brązie, wmurowaną we fronton twarz założyciela, wchodzę do księgarni. Przy kasie sprzedawczyni z kwaśną miną i niestarannie utlenionymi włosami; pytam o kierowniczkę. Chce wiedzieć, jaką firmę reprezentuję, i dzwoni do szefowej, która piętro wyżej wyjaśnia mi, że główne biuro Jānisa Rozego mieści się gdzie indziej, przy ulicy Miera numer 15/3. Ponownie biorę taksówkę, która zatrzymuje się dwa kilometry dalej.

Główne biuro Jānisa Rozego odnajduję po dwudziestu minutach, ukryte za osmolonymi blokami z czasów sowieckich. Okazuje się, że jest tam magazyn. Drzwi wejściowe nie dają się otworzyć; wtedy słyszę czyjeś wołanie. Podchodzi do mnie wysoki, postawny mężczyzna, szeroki w ramionach, krótkie siwe włosy, jasnoniebieskie oczy: profesor Ainars Roze, wnuk Jānisa.

Z ożywieniem pyta mnie po angielsku z silnym północnym akcentem, czy wolę trasę między książkami, czy tę, którą przemierzają goście. Niedokładnie rozumiem, co ma na myśli; wybieram książki. Wchodzimy do magazynu i coraz bardziej obniżającym się korytarzem docieramy do biura. Trzeba najpierw pochylić głowę, potem całe ciało.

– Kiedy pozna pan historię mojej rodziny – mówi profesor Roze – zrozumie, dlaczego mi zależy, żeby budynek miał tajemne wyjście.

Gdyby nie takie wyjście awaryjne, Ainars Roze, jak się później dowiem, nigdy by się nie urodził.

Tymczasem ma sześćdziesiąt lat. Łączy profesurę w dziedzinie ekonomii na Uniwersytecie Ryskim z codziennym prowadzeniem spółki Jānis Roze. W niewielkim biurze zastaję drugiego dyrektora firmy, Inārę Belinkę, niską, elegancką kobietę, którą oceniam na pięćdziesiąt kilka lat, ale która twierdzi, że „urodziła się w ostatnim roku wojny”, w 1944. Rozzłoszczę ją raz, następnego popołudnia, gdy zapytam, kiedy przechodzi na emeryturę. Ani myśli – nie ma jeszcze sześćdziesięciu trzech lat!

Biuro mierzy cztery metry na trzy. Ainars i Ināra wspólnie zajmują ten pokój z lukarną, kierując dwustu pracownikami firmy.

– Przepraszam za nieporozumienie – mówi Ināra, poprawiając okulary na nosie; Givenchy, odczytuję z boku. – Powinnam była napisać panu w mailu, że nasze biuro nie mieści się już przy Barona.

– Cóż – Ainars wpada jej w słowo – z księgarniami wszędzie jest tak samo: są lata, kiedy się sprzedaje dużo, i takie, gdy nie można sprzedać nawet kalendarza. W dwa tysiące pierwszym roku przeprowadziliśmy się do tego lokalu. Szło nam wtedy tak. – Jego dłoń kreśli krzywą, ostro opadającą głęboko pod biurko.

– Tragicznie – uściśla Ināra. – Mieliśmy tam piękne stare biuro nad sklepem, wszędzie skórzane kanapy, na ścianie zdjęcia i reprodukcje okładek. Muzeum, tak je nazywaliśmy. Do tego muzeum raz w miesiącu zjeżdżali się kierownicy oddziałów naszych piętnastu księgarń w Rydze i na prowincji. Ci ludzie widzieli u nas luksus i komfort i nie mieli odwagi przyznać, że sprzedaż dramatycznie spada. Nie używaliśmy wtedy jeszcze komputerów. Teraz codziennie widzę, co schodzi i w jakich ilościach, wtedy byliśmy zdani na ustne sprawozdania szefów. A ci mieli jeszcze sowiecką mentalność: po prostu mówić, że jest dobrze, nigdy nie wskazywać na problemy, jeśli nie są widoczne. Zbyt późno uświadomiliśmy sobie, że zaczęła się recesja. Rok dwa tysiące pierwszy był dla wszystkich firm na Łotwie okropny, inwestycje poczynione po odzyskaniu niepodległości nie przynosiły jeszcze zysków, oprocentowanie skoczyło. Wiele firm upadło. My byliśmy na krawędzi. Przeprowadziwszy się tutaj, mogliśmy wynająć biuro przy Barona. Mocno zredukowaliśmy koszty. I na łeb na szyję zaczęliśmy się komputeryzować.

– Prawie nas utopili – żartuje Ainars. – Dopiero teraz mogę się z tego śmiać, sprawa stała na ostrzu noża, ale od zeszłego roku idzie tak. – Jego dłoń wyłania się spod biurka i szybuje wysoko ponad monitor. – W ubiegłym roku nasz obrót wzrósł o trzydzieści procent, do wysokości siedmiu milionów łat (dziesięć milionów euro). Teraz idzie nam prawie aż za dobrze. Pracownicy też tak uważają. Ich zarobki były stanowczo za niskie, w tym roku wzrosną o jedną czwartą.

– Zacznijmy od początku – proponuję dwie godziny później. Bo Ainars i Ināra nieustannie mówią jedno przez drugie, podsuwają mi książki, tabele, sprawozdania roczne, prospekty, odbierają telefony, nie spuszczają oczu z monitora, pospiesznie odpowiadają na maila, wychodzą z pokoju i wracają w towarzystwie szefa oddziału albo sekretarki, albo chłopaka, który ma na imię Jānis, tak jak założyciel firmy, a który okazuje się synem Ainarsa… W biurze panuje nieustanny ruch, ciągły rozgardiasz. W dodatku Ainars udaje się na poszukiwanie dzbanka świeżej kawy, a wraca z dużymi kawałkami tortu czekoladowego… Północna życzliwość: gościa się rozpieszcza, zwłaszcza jeśli przyjechał z Europy Zachodniej.

Początek! Ainars zaczyna od pięciu zdjęć na ścianie.

– Tu. – Wskazuje na klona Friedricha Nietzschego: ta sama zmierzwiona szopa włosów, te same szczeciniaste wąsy, to samo złowróżbne spojrzenie. – Jānis Ozols. Od niego mój dziadek nauczył się zawodu. Z nim dzielił idealizm. Do tysiąc dziewięćset piątego roku. Po nocy w domu umarłych stał się ostrożniejszy. To jest mój dziadek… – Jego palec spoczywa na twarzy mężczyzny podobnego doń jak dwie krople wody. – Miał spokojne usposobienie. Nikt nigdy nie słyszał, żeby krzyczał, nikt nigdy nie słyszał, żeby podniósł głos, nawet wtedy, gdy przyszło mu podjąć zawsze trudną dla księgarza decyzję o zwolnieniu sprzedawcy, który przywłaszczył sobie pieniądze z kasy… To jest Emma Henriete, moja babka, sama elegancja, nie powiedziałoby się, że pochodziła z chłopskich stron. Była wyznania prawosławnego, dziadek zaś luterańskiego, jak większość Łotyszy, ale wyznanie nie odgrywało w mojej rodzinie większej roli. Nawet nie wiem, w jakim kościele brali ślub. A tutaj są dzieci: najstarszy syn Ilmārs, Jānis, mój ojciec, i Aina, późne dziecko: była dziewięć lat młodsza od mojego ojca.

W ciągu dwudziestu lat Jānis Roze wydał osiemset dwadzieścia książek, a sprzedał dwa miliony egzemplarzy. Oprócz książek w jego sklepie sprzedawano zeszyty, notesy, segregatory, pióra i inne artykuły biurowe, takie jak grawerowane w miedzi stemple. Księgarnia Jānisa Rozego, ulokowana w starym centrum miasta, po skosie za uniwersytetem, była księgarnią zarówno literacką, jak i akademicką. Roze miał także sklep na Dworcu Centralnym w Rydze – wytworną księgarnię, która z nie mniejszym powodzeniem sprzedawała kalendarze i almanachy. Łotysze przepadali za almanachami, ten od Rozego informował, kiedy i w których wsiach odbywają się jarmarki, dzięki czemu klientelę Jānisa Rozego stanowili też chłopi i przyjezdni.

To był pomyślny okres dla firmy. Po rewolucji październikowej w 1917 roku Lenin obiecał krajom bałtyckim niepodległość. Wychodził z założenia, że przyłączą się do Związku Radzieckiego – Łotysze popierali bolszewików bardziej niż jakikolwiek inny naród. Lenin nie ufał swoim rodakom („głupki”, „idioci”, „flejtuchy”, „ofermy”, „rosyjskie niewypały”) i tuż przed rewolucją oraz tuż po niej otaczał się łotewską ochroną. To, że rewolta Łotyszy wynikała z żarliwego nacjonalizmu, uszło uwagi stratega – nie miał żadnych wątpliwości, że robotnicy wszystkich krajów się połączą. Łotysze masowo uczestniczyli w rewolucji, lecz wyzwoliwszy się spod carskiego jarzma, poszli własną drogą. W 1922 roku proklamowano Republikę Łotewską; po siedmiu wiekach panowania niemieckich rycerzy krzyżowych, pruskich panów lennych, szwedzkich, polskich, litewskich i rosyjskich szlachciców kraj uzyskał niepodległość. Rozwijająca się świadomość narodowa graniczyła z euforią; Łotysze zaczęli mówić i czytać po łotewsku. Prasy drukarskie wydawnictwa Jānisa Rozego nie miały ani chwili wytchnienia, księgarnia sprzedawała stosy legend ludowych i sztuk teatralnych. Łotysze uwielbiają teatr, a wtedy po raz pierwszy mogli wystawiać sztuki we własnym języku.

Gospodarczo Łotwie powodziło się dobrze. Stare hanzeatyckie portowe miasto Ryga stało się centrum handlu i przemysłu precyzyjnego. Aparat fotograficzny Minox był łotewskim wynalazkiem, seryjna produkcja pociągów elektrycznych i tramwajów rozpoczęła się nad brzegami Dźwiny. Rozwój techniki i handel domagały się nowego impulsu, co oznaczało zapotrzebowanie na dobrze wyszkoloną kadrę: w 1935 roku na każde dziesięć tysięcy mieszkańców Łotwy przypadało 30,4 studenta uniwersytetu, we Francji – 20,8, a w Wielkiej Brytanii – 16. Ci studenci kupowali książki u Jānisa Rozego.

Tutaj można kupić książkę.

Informacje o Janie Brokkenie i „Bałtyckich duszach”

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: